20.05.2020

dlaczego chcę rzucić wszystko i wyjechać, ale niekoniecznie w bieszczady



Nie tylko rozważam wyprowadzkę, ale taki jest plan. Nie chcę żyć w Polsce i nie będę. Być może zmieniłabym zdanie, gdyby drastycznie zmienił się, między innymi, klimat polityczny, ale szczerze powiedziawszy, jak tak dalej będę sobie czekać na lepsze czasy, to prędzej wyrosną mi wąsy i zastanie mnie emerytura.
Witki mi już opadły na amen. Nie mam ochoty wiecznie walczyć o wszystko. Za stara już na to jestem. Nie chcę wydrapywać pazurami dobrego życia w tym kraju, kiedy w innych zwyczajnie nie trzeba tego robić (oczywiście dobre życie to pojęcie subiektywne). Chcesz układać sobie życie w Polsce? Jestem pełna podziwu.

Jak mawiał Ferdek Kiepski: „W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem."
Ja mówię, że jeśli pracuję na pełen etat, osiem-kuźwa-godzin mojego życia pięć razy w tygodniu, to będzie mnie stać na podstawowe potrzeby, czyli: poludzkie życie w miejscu, w którym mieszkam, w tym wynajem mieszkania bez PRL-owskiej meblościanki (zakup własnego to swoją drogą materiał na miarę trylogii Sienkiewicza), bilet miesięczny na komunikację miejską, niejedzenie zupek instant, pójście z raz chociaż w miesiącu do restauracji, która nie jest kebabem na rogu, czy do kina oraz niekończenie przy tym wszystkim miesiąca z zerem na koncie, albo brońciępanieboże na minusie. Do tego będę po tej robocie mieć czas dla rodziny, przyjaciół i na luzie kasę na zakup nowych pędzli do malowania obrazów, czy kurs gotowania dań kuchni azjatyckiej. To naprawdę nie są niewiadomo jak wygórowane oczekiwania, a mimo to, wciąż dla wielu Polaków nie do spełnienia – bo tak się składa, że w 2018 roku najczęściej wypłacaną pensją było 1765zł na rękę. TYSIĄC SIEDEMSET SZEŚĆDZIESIĄT PIĘĆ ZŁOTYCH POLSKICH. Ludzie zapieprzali czterdzieści i więcej godzin tygodniowo, za pieniądze, które w Warszawie ledwo wystarczają na wynajęcie kawalerki. Nie mówcie mi, że to jest normalne, żeby latami zasuwać na dwa etaty po to, by utrzymać siebie i rodzinę i być w stanie kupić, wciąż na kredyt, mieszkanie do remontu, w którym ta rodzina się jakoś pomieści. No, nie wyobrażam sobie tak swoich kolejnych czterdziestu lat życia…
Pobudka! W Polsce uczysz się i pracujesz po to, żeby finansować wymysły partii rządzącej, która zamiast wydać twoje podatki na poważnie chorych, wyższe pensje, niepełnosprawnych, szpitale i badania profilaktyczne, woli finansować rodzinne spacery po molo z browarkiem. Nie żebym miała coś do molo i browarka. Wiecie o jakie „zjawisko” mi chodzi.

Jak było w pracy? Czy żołnierza wracającego z wojny też byś zapytał “jak było”?
Nikt w Polsce nie uczy jak ważny jest life-work balance. To powinien być przemiot w szkole! Ja po dwudziestu ośmiu latach życia pukam się codziennie w czoło, dlaczego nikt mi tego wszystkiego, co teraz wiem, wcześniej nie powiedział. Boże najsłodszy… ile nerwów by mi to zaoszczędziło, to szok. Dlaczego nikt mi nie mówił, że harowanie jak wół to nie powinien być powód do dumy? Że to nie powinna być norma? Ten kto uważa, że jest coś złego w tym, żeby uczciwie pracować, a potem odpoczywać w wolnym czasie i oczekiwać za to godziwego wynagrodzenia, niech pierwszy rzuci kamień.
Wiesz, że jesteśmy jednym z tych narodów, który pracuje najwięcej w Europie? Nie dość, że mamy mniej dni urlopowych (bo 26, podczas gdy w Niemczech, Francji, czy Hiszpanii mają ich 30), to jeszcze pracujemy dłużej w ciągu dnia – 35-godzinny tydzień pracy to norma we Francji i Portugalii, a w Norwegii nawet 33-godzinny. Polacy uwielbiają się przy tym chwalić, że mają dzieci, psa, pracę na etat i własną firmę, studia zaoczne, wysprzątany dom, seks minimum trzy razy w tygodniu, a trening na siłowni cztery, do tego jeszcze uczą się dwóch języków i czytają minimum trzy książki miesięcznie.

Ja się pytam J A K?

Jezu, po ośmiu godzinach pracy to ja zamiast mózgu mam kisiel. Nawet udowodnione jest przecież naukowo, że przez tyle czasu nie da się wydajnie pracować, bo człowiek jest efektywny przez około cztery godziny dziennie! Ja po sześciu godzinach w biurze walczyłam (w czasie przeszłym, bo już nie walczę – jak rzuciłam korpo opisałam w TYM WPISIE) żeby przetrwać jakoś jeszcze te pozostałe dwie. Potem droga do domu autobusem ściśnięta jak sardynka, wąchając pachę jakiejś Grażynki, która na oko wygląda mi na księgową. Zamykam wreszcie za sobą drzwi do mieszkania, wypijam herbatę i jedyne na co mam ochotę, to umrzeć na kanapie pod kocem. I tak pięć razy w tygodniu. Poza weekendem nie mam już na nic innego siły i chęci, a sobota i niedziela nie wystarcza i na odpoczynek i sprzątanie i pranie i zakupy, bo w lodówce zostało tylko światło. Latam jak kot z pęcherzem cały rok, po to, aby móc wyjechać raz na wakacje, na które muszę specjalnie odkładać, oczywiście z wyrzeczeniami. Wegetacja cały rok, żeby uciułać na tydzień all inclusive? Nie, dzięki.

Typowo polskie przepracowywanie się jest okej, bo…
1.   Czujesz, że dzięki temu odniesiesz sukces, bo przecież ci wszyscy, którzy mają sześć i więcej zer na koncie, na pewno nie pracowali tylko od 9 do 17. A dużo zer na koncie równa się wspaniałe życie, nie? W Polsce jak masz większą chałupę od somsiada, to jesteś gość.
2.    Czujesz, że jeśli nie zapierdalasz, to nic w życiu nie robisz, bo przecież wszyscy dookoła ciągle się chwalą, jacy są zajęci i nie mają czasu podrapać się po tyłku.
3.  „Ja w młodości pracowałem w fabryce trzysta godzin miesięcznie i nie narzekałem. Millenialsi, kurde, we łbach się poprzewracało!” No pewka, jeśli poprzednie pokolenie zapieprzało do padnięcia na ryj, to czemu obecnie ma być inaczej? Albo, nie daj boże, lepiej?

To jest wciąż pokutująca w polskiej mentalności spuścizna rozwijającego się kapitalizmu. Dlaczego teraz młodzi ludzie studiują po dwa kierunki, robią darmowe staże, wieczorami harują roznosząc drinki do stolików, żeby jakoś opłacić czynsz, a potem wypalają się koło trzydziestki? Właśnie przez polski „kult zapierdalania”. A pracodawcy też mają swoje za uszami. Serio, od czytania ofert pracy dostałam ze trzy razy raka. Jak tylko studiowałeś, a nie robiłeś nic innego w tym czasie, to zmarnowałeś pięć lat życia. Masz szansę na sensownie płatne zajęcie na polskim rynku pracy mając jedynie jak największe doświadczenie. Tylko… ciekawe kiedy te minimalne pięć lat doświadczenia zebrać, jak masz dwadzieścia pięć lat? A, no tak! Przecież nie musisz spać wcale tych ośmiu godzin na dobę. Młody, zdrowy to da radę! Co za bzdura na resorach.

Nie wiem jak Wy, ale kiedy marzę, to na pewno nie marzę o pracy.
Z pewnością praca w Polsce może być też satysfakcjonującym doświadczeniem. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – tylko nieliczni, nie tylko w kraju nad Wisłą, mogą się pochwalić pracą będącą jednocześnie spełnieniem wszelkich marzeń. Dlatego też jednym z powodów, dla których ludzie w Polsce nie rozwijają dodatkowych zainteresowań, jest to, że nie stać ich na to zwyczajnie. Albo dlatego, że w nawale domowych obowiązków niedopełnionych z powodu spędzania całych dni w biurze, a potem w korkach, nie mają już na to czasu, ani energii. Praca na pełnym etacie, która jest niesatysfakcjonująca pod jakimkolwiek względem, to równia pochyła ku nieuchronnemu wyczerpaniu. System pracy jaki stworzyliśmy, narzuca, że najkorzystniej jest być zatrudnionym przez osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu.  To za dużo, by być optymalnie zdrowym… i to nawet nie jest potrzebne! Pomyśl, ile godzin dziennie większość ludzi w robocie udaje, że jest zajęta. W mało której firmie wynagrodzi się ogarniętego i efektywnego pracownika, który wyrabia się ze swoimi zadaniami sprawniej – nie, taka osoba odprawia pielgrzymki po stopiątą kawkę, aby przypadkiem szef nie odkrył, że nie ma co robić już o dziewiątej trzydzieści. Siedzimy uczepieni jak rzep psiego ogona ośmiogodzinnego dnia pracy, tylko, że na świecie dawno już produktywność i automatyzacja w międzyczasie poczyniły ogromne postępy. Po co siedzieć bezczynnie, skoro można by rozdystrybuować, czy zautomatyzować rzeczywistą pracę i skrócić dzień pracy do sześciu godzin? O zgrozo, pracować gdzie się chce? Pracujesz od dziewiątej do piątej? W porządku. Pracujesz w domu w piżamie siorbiąc kawkę? W porządku. Pracujesz w garażu dłubiąc w samochodzie? W porządku. Przyszłość jest w elastycznych formach pracy, a nie stawianiu kolejnych biurowców w centrum Warszawy.  

Słuchajcie, pracowałam i studiowałam, mam doświadczenie i umiem dobrze parę rzeczy, ale zawsze to nie wystarczało. Zawsze oczekiwałam za swoją pracę zbyt dużego wynagrodzenia. Nie wierzę, że doczekam zdrowego podejścia do pracy w Polsce jeszcze za mojej kadencji na tym świecie. Mniej godzin w robocie, to więcej odpoczynku, więcej czasu wolnego i więcej wydawanych pieniędzy na rozrywkę i rekreację, trafiających ostatecznie i tak do państwowej skarbonki. No i społeczeństwo byłoby szczęśliwsze i może przestalibyśmy plasować się na końcu listy najszczęśliwszych państw w Europie. I w ogóle na końcu listy w czymkolwiek. I wiecie co? Nie mam wcale już nawet resztek zdrowia, aby spełniać dłużej te oczekiwania i wypatrywać zmiany w kulturze pracy w Polsce. Wolę przez resztę życia mieszkać i płacić podatki w takiej części planety, gdzie liczy się, co umiem, a nie ile godzin wysiedzę za biurkiem.

Najpierw była miłość, wiara, walka, ale znów wygrała pralka i zmywarka.
Przeraża mnie ten świat. Wiem, nie zmienię tego, że do życia potrzebny jest pieniądz. Ale to, jak wiele od tego pieniądza w moim życiu zależy, mnie absolutnie przeraża. Czy będę jadła śniadanie i co będę jadła, gdzie i jak będę mieszkać, czy będę mogła dalej malować i czy wyzdrowieję jak zachoruję, bo zanim doczekam się w kolejce na lekarza na NFZ, zdążę już sto razy pójść prywatnie (skoro tak to po co w ogóle odejmują mi tak dużo z pensji na ten NFZ). Żeby mieć pieniądze na „dobre życie”, cóż, najlepiej nie dyskutować i być posłusznym trybikiem w tej kapitalistycznej machinie. Szkoda tylko, że rzadko da się to pogodzić z własnymi, wyznawanymi wartościami. Jedni się poddają i robią jak im każą. Inni, w tym ja, nie dają sobie wmówić, że bogactwo osiąga się przez ciężki zapierdol. Najciężej pracujące przez całe życie osoby jakie znam, nigdy nie były i nie będą bogate. Zależność między większą ilością pracy, a drastycznie rosnącym przy tym majątkiem dotyczy naprawdę jakiegoś małego odsetka ludzi w skali świata. Nie dajcie sobie tego wmówić.

Wartości ludzi nie należy określać ich przydatnością dla ekonomii, na miłość boską!
Zupełnie w porządku jest po prostu chcieć spokojnego życia na wsi i cieszyć się lenistwem lub robieniem tego, co ci się podoba. Cholera, nawet jeśli chcesz po prostu pracować w niepełnym wymiarze godzin w spożywczaku i spędzać 4 dni w tygodniu oglądając Netflixa, jeśli to naprawdę sprawia, że ​​jesteś szczęśliwy, dla mnie spoko. Nie każdy musi w życiu wymyślać technologie kosmiczne.
Jak ktoś rzuca biurko i mięciutki fotel na kółkach z umową na czas nieokreślony, a zamiast tego siedzi w Holandii i pakuje tulipany, zupełnie nie mam z tym problemu. Hajs się zgadza, zwiedzasz sobie nowe miejsca, ludzie nie takie chuje. Nawet mi przez myśl nie przejmknie, żeby się patrzeć na kogoś krzywo z tego powodu! Krzywidzisz kogoś? Nie. Robisz coś złego? Nie. A żyjesz dużo lżej bez irytujących small-talków o „bombelkach” ze współpracowniczkami, durnej presji na bogacenie się i codziennych absurdów polskiej rzeczywistości.

Jak ktoś sprząta, parzy kawę w Starbucksie, czy wykłada jogurty w Biedronce i jest szczęśliwy to ludziom się w głowie nie mieści. Bo jak można być zadowolonym nie siedząc w klimatyzowanym biurze i nie klepiąc w klawiaturę? Dostaję ataku apopleksji, gdy słyszę, że w Biedronce pracują aby ci, którym w życiu nie wyszło i powinni się wstydzić, że wykonują taką pracę. Chcę za to mieszkać w kraju, w którym nikt nikomu nie każe żyć jak samemu uważa za słuszne. Nie musisz dążyć do celów, których sam, osobiście nie chcesz. Proszę uprzejmie, możesz zajmować się w życiu głównie powiększaniem swojego konta bankowego, ale tylko jeśli chcesz, ale absolutnie nie powinieneś czuć, że musisz to robić, bo narażasz się na czyjeś krzywe spojrzenia i ostracyzm społeczny. Ten śmierdzący oddech presji w Warszawie zmęczył mnie już i tak sobie myślę, że życie jest za krótkie na to użeranie się ze wszystkim na każdym kroku. W Polsce jest ciężko. A nie musi być ciężko. Życie mam jedno i czas najwyższy, abym skupiła się na robieniu tego, co czyni mnie szczęśliwą i na staraniu się być po prostu dobrym człowiekiem. Nie widzę możliwości zrobienia tego tutaj.

12.05.2020

jak wybrać dla siebie idealny obraz do mieszkania?



Sztuka to jest coś niedostępnego dla przeciętnego zjadacza chleba. Trochę się zgodzę, a trochę nie, bo fakt, pomimo wysiłków na rzecz demokratyzacji sztuki, cały rynek jest w dużej mierze nadal skierowany w stronę tych uprzywilejowanych, a często nawet bardzo uprzywilejowanych. Finansowo, of kors. Jak wchodzisz do galerii, to ceny pod obrazami pokazują równowartość co najmniej trzech pensji. Patronat artystyczny, czy kolekcjonerstwo, od wieków były hobby dla tych bardzo bogatych i to się prędko nie zmieni - ale możliwość patrzenia na piękne i wartościowe rzeczy nie powinna być tylko dla tych, którym pozwala na to grubość portfela. Co to w ogóle za gadanie – kto ma oczy, patrzeć sobie może i na Van Gogha.


Wkurza mnie to strasznie, bo przez pielęgnowanie trendu całymi dziesięcioleciami, że prawdziwa sztuka jest dla „elit”, doprowadzono do tego, że raz: wielu ludzi z góry uważa ją za coś poza ich zasięgiem lub w ogóle dla tych nie do końca rozumujących normalnie; dwa: wielu utalentowanych artystów nie ma szans dotarcia nigdzie ze swoją pracą, bo zrobiło się tak ę-ą luksusowo, że jak tanie to pewnie złe. Echhh...


To nie tak, że wszystko od razu kosztuje miliony

Sztuka dla wielu osób jest symbolem statusu – tego, że możesz sobie pozwolić na zakup czegoś ładnego, tylko dlatego, że masz taką zachciankę. Niektórzy tak mają z drogimi samochodami, nowymi ajfonami, a Carrie Bradshaw z serialu "Seks w wielkim mieście" miała tak z butami od Manolo. Ci, którzy faktycznie te miliony mają, chodzą na aukcje, gdzie się za te miliony kupuje dzieła sztuki, aby mogli sobie powiesić coś nad milion wartym łóżkiem w swoim miliony wartym apartamencie z widokiem na Central Park. Ale! Jeśli urządzasz właśnie mieszkanie, wiedz, że wyprzedaże domu aukcyjnego są otwarte dla wszystkich i często oferują prace, które kosztują znacznie mniej niż mówią głośne nagłówki portali w internecie. Nie wszystkie oferowane tam nazwiska wiszą w muzeum obok "Bitwy pod Grunwaldem". A w ogóle, aukcje to nie jest przecież jedyne miejsce, gdzie można szukać. Jest jeszcze internet i social media!


Istnieje kilka powodów, dla których ludzie kupują sztukę. Po pierwsze pinionszki.

Ludzie różnie myślą o sztuce - jedni naprawdę doceniają sztukę jako sztukę, wartość jaką ze sobą niesie, emocje jakie wzbudza, a inni interesują się tylko jej wartością pieniężną, bo uważają to za inwestycję. Chcą kupować dzieła znanych artystów, tylko dlatego, że są znani. Ani jedno, ani drugie nie jest złe, czy dobre. Sztuka jest warta tyle, ile ktoś może za nią dać. Po prostu. Możesz więc zrozumieć, dlaczego obrazy podpisane znanym nazwiskiem mogą sprzedać się za 150 milionów dolarów. Ktoś w pewnym momencie uznał, że jest w stanie tyle wyciągnąć z konta i za to zapłacić i już. I bach, mamy rekord wszech czasów, wielka sława, cześć i chwała.


Są też ludzie, którzy chcą sztuki jako dekoracji

Przejmują się bardziej kwestią ile to kosztuje, jak dobrze będzie pasować nad wyrkiem w sypialni i czy widać na pierwszy rzut oka co przedstawia, niż tym, czy to sztuka przez duże "s". Zwykle chcą sztuki, która nie jest kontrowersyjna, a przyjemna dla oka i niezbyt droga. Mogą kupować w internecie, na Allegro albo Etsy. Ci, którzy są poważni w temacie i chcą czegoś „wow”, mogą wybrać się nawet z raz na aukcję, czy na targi. Targi sztuki są popularnym sposobem dla artystów na dotarcie do takiego klienta, ale większość sztuki sprzedawanej na tych wydarzeniach jest... dostępna. Noo sztuki „wysokiej”, nad którą należy wysilić mózgownicę przez moment, czy wspomnianego Van Gogh'a w oryginale, tam nie będzie. W zależności na jakim dziele Ci zależy, udaj się w odpowiednie miejsce.


Są i tacy, którzy po prostu lubią sztukę

Mogą w moment zakochać się w danym obrazie lub rzeźbie i zdecydować się na wsparcie artysty poprzez zakup jego dzieła. Ich kolekcje wydają się być szalonym miszmaszem wszystkiego, ponieważ kupują rzeczy, które pokochali od pierwszego wejrzenia, a nie w zgodzie z jednym nurtem, czy trendem. Niektórzy z nich mogą także inwestować, mając nadzieję, że kiedyś artysta zasłynie i zarobią grube miliardy na swojej inwestycji. Ale to nie jest ich główny motyw. Jedni zbierają puszki po Coca-Coli, czy ceramiczne delfinki z nadbałtyckich straganów, a oni prostu lubią mieć ściany obwieszone kolorowymi obrazami.


Którym typem jesteś?


Sztuka, którą warto kupić, to taka, która Ci się podoba

Tylko tyle. Tak więc, w zależności od tego, do których kategorii miłośnika sztuki się zaliczasz, może istnieć kilka powodów, dla których uważasz, że dany twór jest wart wydania Twoich  ciężkozarobionych krwią i potem pieniędzy. Wartość jakiegoś dzieła i dlaczego warto je kupić, wynika z wartości jaką sam mu nadajesz. Jak z wyżej wspomnianym milionerem - coś co dla jednego jest warte milion, dla drugiego nie jest warte złamanej złotówki. To wszystko kwestia gustu i dlatego ten cały biznes jest taki pokićkany.


Tak, czy siak, jeśli np. jakiś obraz ma dla Ciebie znaczenie ze względu na jego treść, sposób wykonania, przekaz emocjonalny lub z innych powodów pozafinansowych, warto go kupić, nie tylko jako inwestycję. Po prostu uczyni twój świat piękniejszym, przywoła miłe wspomnienia i uczucia. Zaufaj mi. Jeśli znajdziesz dzieło, które Ci się podoba i mieści się w Twojej indywidualnej „sensownej kwocie”, którą możesz wydać, zajrzyj do internetu, czy galerii, obejrzyj i kup to, co poruszyło Twoje serce!


5.05.2020

o co chodzi z tym byciem eko?



Najważniejsze problemy środowiskowe to nie utrata różnorodności biologicznej, załamanie ekosystemu i zmiany klimatu, ale samolubstwo, chciwość i olewanie tematu ze słowami: „oj to tylko przecież jeden śmietek”. Aby sobie z tym wszystkim jakoś poradzić, potrzebujemy transformacji kultury, przyzwyczajeń i mentalności na ogólnoświatową skalę. Naukowcy niestety nie wiedzą jak zmienić myślenie o ekologii 7,5 miliarda ludzi na ziemi.

Póty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie
Przez zachłanność straciliśmy moc dostrzegania drobnych rzeczy, bo liczy się tylko kasa i ja człowiek, pan władca wszechświata, a tak nam się przynajmniej wydaje. Kuniec, ziemia ma nas dosyć. Ludzie przez dziesięciolecia z premedytacją niszczą własny DOM zanieczyszczając życiodajną wodę i powietrze i zawłaszczając coraz więcej terenu pozbawiając inne stworzenia warunków do życia. Żaden inny gatunek nie sra do własnego gniazda, oprócz człowieka. Spodziewacie się, że to da się odwrócić? Mam złe wieści. Nie da się. Może to się uda trochę spowolnić. Chyba, że ludzkość nagle całkiem wymrze rodem z filmów katastroficznych. Koronawirus ładnie pokazał, że planeta bardzo dobrze się bez nas odnawia w trymiga.
Na pewno zauważyliście, jak wielki boom nastąpił w ostatnich latach w kwestii ochrony naszej planety i bojkotowania wielu rzeczy, które nie są „eco-friendly“. I dobrze!  Martwiące jest jednak to, jak wiele osób ślepo łapie się na puste hasła, myśląc, że zmniejsza to powstawanie „śmieci“. Oto kilka grzeszków, które Ty i ja mamy na sumieniu:

Zero waste to żart
Kupujesz zupełnie nowe produkty w opakowaniach zero waste? Dlaczego nie użyjesz ponownie butelki, którą już masz, tylko zamiast tego kupujesz „tę uroczą, ekologiczną butelkę w buldożki”, która została wyprodukowana w fabryce spuszczającej swoje pomyje do rzeki Jangcy, a następnie zapakowana w plastikową folijkę i przewieziona tysiące kilometrów samolotem owinięta w kolejny pierdyliard folijek i opakowań? Nie daj się oszukać firmom zajmującym się marketingiem produktów zero waste. Ludzie posiadają „kolekcje” rzeczy, które mają być niby przyjazne środowisku. Mają wiele różnych butelek w różnych rozmiarach, kubki podróżne, sztućce podróżne i tak dalej, które zostały kupione zupełnie nowe. W ogóle nie o to chodzi! Zero waste stało się mniej stylem życia związanym z ponownym użyciem rzeczy, ograniczaniem marnotrawstwa i uważnej konsumpcji, a raczej programem marketingowym, aby zachęcić ludzi do kupowania produktów, których nie potrzebują. Bo kasa.

Przestań kupować szajs to firmy przestaną ten szajs produkować
Wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni więc proszę nie zganiać winy na polityków i biznesmenów. Politycy za nas zakupów nie robią. Sami decydujecie, co kupujecie i czy robicie to z myślą o dobru planety. Owszem, oni mają zyski z tego, co ty wybierzesz. Jeśli wybierasz wszystko zapakowane w plastikowe opakowania, to będą dalej te opakowania produkować, bo kasa. Jeśli większość wybrałaby ekologiczne produkty, czerpaliby zysk z tych ekologicznych produktów. Przedsiębiorcy potrafią się dostosowywać szybciej, niż ty mrugniesz powieką.
Największą siłę oddziaływania mają właśnie zwykli konsumenci, czyli ty i ja, bo ci „bezmyślni” politycy i biznesmeni i tak polecą za tym, na co jest popyt. Bo kasa. A na co jest popyt decydujemy my własnymi, codziennymi wyborami. Każdy pomidorek musicie kupować zapakowany osobno? Co sezon nowe ciuszki? Na zakupy autkiem? Remont co pięć lat? Prysznic dwa razy dziennie?

Jeśli jesz organiczne produkty i mówisz, że jesteś eko, ale także wcierasz w skórę chemikalia, robisz to źle
Do uprawy trzech sztuk awokado potrzeba zużyć tysiąc litrów wody. Najwięcej awokado w Polsce przyjeżdża z Izraela, RPA i Peru, a w Meksyku popyt na nie jest tak ogromny, że dochodzi do nielegalnego wylesiania i wojen gangów. Bye, bye avo toast! Jak zatem jeść, żeby możliwie najmniej szkodzić środowisku? Czy jeśli ograniczam mięso, a zjadam dużo bananów, to nadal jestem eko? No niezbyt, chociaż lepsze to niż nic. Ja osobiście nie chodzę z materiałową siatką na zakupy, papierową słomką we własnym kubku z kawą i nie jem sałatki drewnianym widelczykiem mając na sobie kurtkę z „EKOskóry“. Nie chcę być eko-vege-hipokrytką – jak nie jem mięsa, to nie jem i awokado i bananów, które generują niemało CO2 przez drogę jaką muszą przebyć ze słonecznej Ameryki Południowej do mniej słonecznej Polski. Trzeba jeść przede wszystkim lokalnie i sezonowo. Mieć świadomość skąd to się wzięło i ile kosztuje jego produkcja. Niedługo truskawki! Wcinajcie ile wlezie póki są i kupujcie od swoich okolicznych rolników, a hiszpańskie truskawki w zimie, co truskawki przypominają aby z wyglądu, sobie bez żalu darujcie.

Plastikiem też okrywasz ciało
„Ekoskóra“ miała być materiałem rozwiązującym problem barbarzyństwa wobec zwierząt. No powiedzmy, że częściowo się z tym zgodzę, bo fakt faktem, produkcja "ekoskóry" nie wymaga mordowania niczego co żyje, ale czy na pewno nie odbija się paskudną czkawką na zdrowiu naszej planety? „Eko“, moi drodzy, ma ona tylko w nazwie, bo jak już wspomniałam, słowo „eko” to aktualnie modne hasło, które sprzedaje. Bo kasa. Spójrzmy prawdzie w oczy: „ekoskóra“ to materiał całkowicie niebiodegradowalny. Może i jest tania, a proces jej produkcji jest oszczędniejszy, niż skóry naturalnej, ale po niezaprzeczalnie znacznie szybszym zużyciu, staje się zwyczajnym śmieciem, który pozostanie na ziemi na wieki wieków.
Naturalna skóra, z której wykonuje się galanterię, to w dużej mierze odpad z produkcji mięsa. To nie tak, że zarzyna się krowę specjalnie na buty. I nawet jeśli jesteście weganami, czy wegetarianami i niezależnie ile organizacji walczących o prawa zwierząt wspieracie na raz, mięso było i będzie nadal produkowane. Nie zrozumcie mnie źle, ja też martwię się o los zwierząt w tym przemyśle, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że produkty mięsne są podstawowym elementem diety wielkiej części populacji na całym świecie. Dobre traktowanie zwierząt to temat na inną dyskusję. Nadprodukcja mięsa to temat na inną dyskusję. Hodowanie zwierząt wyłącznie na ubój to temat na inną dyskusję.
Jakby tak sobie pomyśleć chwilę, to „skóra naturalna” oprócz tego, że powstaje z odpadów pochodzenia naturalnego, przy okazji jest materiałem bardzo trwałym i pozwalający używać rzecz kilkunastokrotnie dłużej, niż z taki sam produkt wykonany z pseudo „ekoskóry“. Czyli nie marnotrawimy! A co jeśli w końcu się zużyje? Pewnie kiedyś w końcu tak, ale pamiętajcie, że przy odpowiedniej dbałości o produkty ze skóry, można ich żywotność przedłużyć o baaardzo wiele lat. Cóż, a gdy nie pozostanie nic innego jak śmietnik, to wyrzucony rozłoży się stosunkowo szybko. Pomyślcie o tym zanim kupicie kolejną torebkę, czy buty na jeden sezon z HaieMu. Zastanówcie się, czy lepiej kupić tańszy pseudo-ekologiczny produkt, który zaraz wywalicie, czy droższy, ale służący przez lata.  Świadomość konsumencka i ekologia mogą iść w parze! Hoho, ale mądrala!

Trzy „eRy”: Reduce, re-use, recycle
Wiele osób uważa recykling za irytujący, niewygodny i w ogóle witki opadają, gdy widzi się śmieciarkę, która przyjeżdża pod blok i wszystkie posortowane kubły bez ceregieli ładuje z powrotem do jednego kontenera. Ludzie chcą sortować śmieci, ale te kilka koszy na śmieci w mieszkaniu, z którymi trzeba w kółko latać po schodach, wypełniają się zastraszająco szybko. Myślę, że problem polega na tym, że zbyt wiele osób ignoruje REDUKOWANIE. Redukuj zużycie plastiku, a recykling stanie się łatwiejszy. Przestań kupować rzeczy z zamiarem wyrzucenia ich po jednym użyciu, nawet jeśli trafią one do kosza z frakcją plastikową. Poczytaj sobie, ile faktycznie tego plastiku się recyklinguje. Lojalnie ostrzegam, żeby nie było, to nie będą zbyt pokrzepiające na duchu dane.
Czy wiesz, że…
1.   Tubki po paście do zębów i inne wyciskane tubki nie nadają się do recyklingu, ponieważ często zawierają cienką warstwę aluminium i różnego rodzaju tworzyw sztucznych, co bardzo utrudnia należyte oddzielenie ich i przetworzenie.
2.  Słomki papierowe zawierają surowce wtórne. Jednak prawie nigdy nie są poddawane recyklingowi, ponieważ musiałyby być zebrane osobno w dużych ilościach. Wyobrażacie sobie kolejny kontener… na słomki?
3.   Paragony papierowe są często drukowane na błyszczącym papierze termicznym, który nie nadaje się do recyklingu, ponieważ jest powlekany bisfenolem A (BPA) i bisfenolem S (BPS). Wiele sklepów wysyła teraz potwierdzenie e-mailem lub daje wybór, czy wziąć wydrukowany paragon, pamiętaj o tym!
4.   Opakowania, na przykład po czipsach Pringles, są bardzo trudne do recyklingu, ponieważ łączą kilka różnych materiałów: metalowe denko, odrywane foliowo-papierowe górne wieczko, plastikową pokrywkę, same czipsy opakowane są w srebrną folię, a to wszystko siedzi w tekturowej tubie. Opakowań po chrupkach nie można poddać recyklingowi ze względu na przylegający do nich tłuszcz i okruszki. Idą do zmieszanych, aby wiekami gnić na wysypisku.
5.    Oszukańcze waciki są często mieszane z materiałami syntetycznymi, takimi jak poliester, więc nie można ich poddać recyklingowi. Płatki kosmetyczne ze 100% bawełny, można kompostować, ale tylko wtedy, gdy nie zostały użyte do demakijażu lub nie są zanieczyszczone chemikaliami, takimi jak środki dezynfekujące.
6.  Karteczek samoprzylepnych nie można w większości przypadków poddać recyklingowi, ponieważ klej na pasku samoprzylepnym nie zawsze można usunąć więc nimi też sobie nawet nie zawracają głowy.

Zacznij od zmniejszenia zużycia produktów jednorazowego użytku. Chciałabym, aby w tym roku więcej treści w mediach społecznościowych koncentrowało się na ograniczaniu i edukowaniu ludzi w celu dokonywania mądrzejszych wyborów w sklepie. Na przykład, zanim przejdziesz do kasy, przejrzyj koszyk i USUŃ wszystkie plastikowe opakowania. Zastanów się, co możesz zastąpić papierem lub szkłem? Może sok w szklanej butelce jest tylko o złotówkę droższy? Może zaoszczędzisz kilka złotych odkładając plastikową torbę z mrożonymi frytkami, a zamiast tego biorąc całe ziemniaki na domowe fryty?

Następnym krokiem, jaki bym dodała, to ODMOWA! ODMAWIAJ zakupu pudełka herbaty zapakowanego w folię, gdy ten sam smak stoi obok na półce w prostym pudełku papierowym. ODMAWIAJ zakupu stu dwudziestu mini plastikowych jogurcików na rzecz jednego, dużego. Przy wystarczająco dużej skali takich działań, firmy będą musiały zareagować. Na dłuższą metę poprzez ODMAWIANIE zakupu opakowań z tworzyw sztucznych, ostatecznie dołożysz swoją cegiełkę do zredukowania ilości plastikowych odpadów generowanych przez te firmy, ponieważ odpowiedzą na brak popytu. Bo kasa. Wykorzystaj więc kapitalizm na swoją korzyść. Redukuj kupowany plastik i pomóż posprzątać bałagan pozostawiony przez poprzednie pokolenia.

Zawsze pamiętaj: REDUKUJ, ODMAWIAJ, UŻYWAJ PONOWNIE lub RECYKLINGUJ. Łatwe!

O, Boże… czy to już wreszcie wszystko co mam robić, aby być bardziej eko?
Niet. Tak daleko to wszystko zaszło, że to dopiero początek.
Ja ponad to oszczędzam gaz, prąd i wodę, bo myję całe ciało co drugi dzień i jakoś nie śmierdzę (szok!). Mieszczę na trzydziestu ośmiu metrach pięć koszy na śmieci, piję kranówkę i nie używam reklamówek jednorazówek, tylko uszyte przez moją mamę torebki ze starych firanek na owoce i warzywa. Nie używam agresywnej chemii domowej, w ogóle najlepsza na wszystko jest soda i ocet, plus olejek eteryczny. Używam tabletek, a nie pasty do zębów i szczoteczki z bambusową rączką, wacików do uszu na papierowych patyczkach, mam drewnianą szczotkę do włosów z naturalnym włosiem dzika, metalową maszynkę do golenia na żyletki, nie kupuję kosmetyków do makijażu, bo z niego całkowicie zrezygnowałam, ani nowych ciuchów z poliestru. Właściwie w ogóle nie kupuję nowych ciuchów, bo ubieram się w second-handach. Nie używam folii spożywczej i aluminiowej, mam szklane pojemniki z drewnianą pokrywą do przechowywania żywności. Zamiast szamponu do włosów w płynie mam taki w kostce w tekturowym pudełku, zamiast żelu pod prysznic używam roślinnego mydła też w kostce, balsam do ciała mam w metalowej puszce i jest złożony tylko z naturalnych olejów i maseł roślinnych. Do twarzy nie stosuję żadnych skomplikowanych kosmetyków, których składników nie umiem wymówić. Nie jem mięsa w żadnej postaci i prawie wcale produktów mlecznych, w sumie to bliżej mi już do bycia weganką. Nie jem produktów mocno przetworzonych i gotowych pakowanych w plastik z datą przydatności pięć lat. Jeżdżę autobusem lub chodzę na piechotę, podnoszę śmieci, które ktoś rzucił na chodnik. Robiąc to wszystko wbrew pozorom mam czas na wysypianie się. Da się!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popular Posts

Follow on Bloglovin
Instagram