12.05.2020

jak wybrać dla siebie idealny obraz do mieszkania?



Sztuka to jest coś niedostępnego dla przeciętnego zjadacza chleba. Trochę się zgodzę, a trochę nie, bo fakt, pomimo wysiłków na rzecz demokratyzacji sztuki, cały rynek jest w dużej mierze nadal skierowany w stronę tych uprzywilejowanych, a często nawet bardzo uprzywilejowanych. Finansowo, of kors. Jak wchodzisz do galerii, to ceny pod obrazami pokazują równowartość co najmniej trzech pensji. Patronat artystyczny, czy kolekcjonerstwo, od wieków były hobby dla tych bardzo bogatych i to się prędko nie zmieni - ale możliwość patrzenia na piękne i wartościowe rzeczy nie powinna być tylko dla tych, którym pozwala na to grubość portfela. Co to w ogóle za gadanie – kto ma oczy, patrzeć sobie może i na Van Gogha.


Wkurza mnie to strasznie, bo przez pielęgnowanie trendu całymi dziesięcioleciami, że prawdziwa sztuka jest dla „elit”, doprowadzono do tego, że raz: wielu ludzi z góry uważa ją za coś poza ich zasięgiem lub w ogóle dla tych nie do końca rozumujących normalnie; dwa: wielu utalentowanych artystów nie ma szans dotarcia nigdzie ze swoją pracą, bo zrobiło się tak ę-ą luksusowo, że jak tanie to pewnie złe. Echhh...


To nie tak, że wszystko od razu kosztuje miliony

Sztuka dla wielu osób jest symbolem statusu – tego, że możesz sobie pozwolić na zakup czegoś ładnego, tylko dlatego, że masz taką zachciankę. Niektórzy tak mają z drogimi samochodami, nowymi ajfonami, a Carrie Bradshaw z serialu "Seks w wielkim mieście" miała tak z butami od Manolo. Ci, którzy faktycznie te miliony mają, chodzą na aukcje, gdzie się za te miliony kupuje dzieła sztuki, aby mogli sobie powiesić coś nad milion wartym łóżkiem w swoim miliony wartym apartamencie z widokiem na Central Park. Ale! Jeśli urządzasz właśnie mieszkanie, wiedz, że wyprzedaże domu aukcyjnego są otwarte dla wszystkich i często oferują prace, które kosztują znacznie mniej niż mówią głośne nagłówki portali w internecie. Nie wszystkie oferowane tam nazwiska wiszą w muzeum obok "Bitwy pod Grunwaldem". A w ogóle, aukcje to nie jest przecież jedyne miejsce, gdzie można szukać. Jest jeszcze internet i social media!


Istnieje kilka powodów, dla których ludzie kupują sztukę. Po pierwsze pinionszki.

Ludzie różnie myślą o sztuce - jedni naprawdę doceniają sztukę jako sztukę, wartość jaką ze sobą niesie, emocje jakie wzbudza, a inni interesują się tylko jej wartością pieniężną, bo uważają to za inwestycję. Chcą kupować dzieła znanych artystów, tylko dlatego, że są znani. Ani jedno, ani drugie nie jest złe, czy dobre. Sztuka jest warta tyle, ile ktoś może za nią dać. Po prostu. Możesz więc zrozumieć, dlaczego obrazy podpisane znanym nazwiskiem mogą sprzedać się za 150 milionów dolarów. Ktoś w pewnym momencie uznał, że jest w stanie tyle wyciągnąć z konta i za to zapłacić i już. I bach, mamy rekord wszech czasów, wielka sława, cześć i chwała.


Są też ludzie, którzy chcą sztuki jako dekoracji

Przejmują się bardziej kwestią ile to kosztuje, jak dobrze będzie pasować nad wyrkiem w sypialni i czy widać na pierwszy rzut oka co przedstawia, niż tym, czy to sztuka przez duże "s". Zwykle chcą sztuki, która nie jest kontrowersyjna, a przyjemna dla oka i niezbyt droga. Mogą kupować w internecie, na Allegro albo Etsy. Ci, którzy są poważni w temacie i chcą czegoś „wow”, mogą wybrać się nawet z raz na aukcję, czy na targi. Targi sztuki są popularnym sposobem dla artystów na dotarcie do takiego klienta, ale większość sztuki sprzedawanej na tych wydarzeniach jest... dostępna. Noo sztuki „wysokiej”, nad którą należy wysilić mózgownicę przez moment, czy wspomnianego Van Gogh'a w oryginale, tam nie będzie. W zależności na jakim dziele Ci zależy, udaj się w odpowiednie miejsce.


Są i tacy, którzy po prostu lubią sztukę

Mogą w moment zakochać się w danym obrazie lub rzeźbie i zdecydować się na wsparcie artysty poprzez zakup jego dzieła. Ich kolekcje wydają się być szalonym miszmaszem wszystkiego, ponieważ kupują rzeczy, które pokochali od pierwszego wejrzenia, a nie w zgodzie z jednym nurtem, czy trendem. Niektórzy z nich mogą także inwestować, mając nadzieję, że kiedyś artysta zasłynie i zarobią grube miliardy na swojej inwestycji. Ale to nie jest ich główny motyw. Jedni zbierają puszki po Coca-Coli, czy ceramiczne delfinki z nadbałtyckich straganów, a oni prostu lubią mieć ściany obwieszone kolorowymi obrazami.


Którym typem jesteś?


Sztuka, którą warto kupić, to taka, która Ci się podoba

Tylko tyle. Tak więc, w zależności od tego, do których kategorii miłośnika sztuki się zaliczasz, może istnieć kilka powodów, dla których uważasz, że dany twór jest wart wydania Twoich  ciężkozarobionych krwią i potem pieniędzy. Wartość jakiegoś dzieła i dlaczego warto je kupić, wynika z wartości jaką sam mu nadajesz. Jak z wyżej wspomnianym milionerem - coś co dla jednego jest warte milion, dla drugiego nie jest warte złamanej złotówki. To wszystko kwestia gustu i dlatego ten cały biznes jest taki pokićkany.


Tak, czy siak, jeśli np. jakiś obraz ma dla Ciebie znaczenie ze względu na jego treść, sposób wykonania, przekaz emocjonalny lub z innych powodów pozafinansowych, warto go kupić, nie tylko jako inwestycję. Po prostu uczyni twój świat piękniejszym, przywoła miłe wspomnienia i uczucia. Zaufaj mi. Jeśli znajdziesz dzieło, które Ci się podoba i mieści się w Twojej indywidualnej „sensownej kwocie”, którą możesz wydać, zajrzyj do internetu, czy galerii, obejrzyj i kup to, co poruszyło Twoje serce!


5.05.2020

o co chodzi z tym byciem eko?



Najważniejsze problemy środowiskowe to nie utrata różnorodności biologicznej, załamanie ekosystemu i zmiany klimatu, ale samolubstwo, chciwość i olewanie tematu ze słowami: „oj to tylko przecież jeden śmietek”. Aby sobie z tym wszystkim jakoś poradzić, potrzebujemy transformacji kultury, przyzwyczajeń i mentalności na ogólnoświatową skalę. Naukowcy niestety nie wiedzą jak zmienić myślenie o ekologii 7,5 miliarda ludzi na ziemi.

Póty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie
Przez zachłanność straciliśmy moc dostrzegania drobnych rzeczy, bo liczy się tylko kasa i ja człowiek, pan władca wszechświata, a tak nam się przynajmniej wydaje. Kuniec, ziemia ma nas dosyć. Ludzie przez dziesięciolecia z premedytacją niszczą własny DOM zanieczyszczając życiodajną wodę i powietrze i zawłaszczając coraz więcej terenu pozbawiając inne stworzenia warunków do życia. Żaden inny gatunek nie sra do własnego gniazda, oprócz człowieka. Spodziewacie się, że to da się odwrócić? Mam złe wieści. Nie da się. Może to się uda trochę spowolnić. Chyba, że ludzkość nagle całkiem wymrze rodem z filmów katastroficznych. Koronawirus ładnie pokazał, że planeta bardzo dobrze się bez nas odnawia w trymiga.
Na pewno zauważyliście, jak wielki boom nastąpił w ostatnich latach w kwestii ochrony naszej planety i bojkotowania wielu rzeczy, które nie są „eco-friendly“. I dobrze!  Martwiące jest jednak to, jak wiele osób ślepo łapie się na puste hasła, myśląc, że zmniejsza to powstawanie „śmieci“. Oto kilka grzeszków, które Ty i ja mamy na sumieniu:

Zero waste to żart
Kupujesz zupełnie nowe produkty w opakowaniach zero waste? Dlaczego nie użyjesz ponownie butelki, którą już masz, tylko zamiast tego kupujesz „tę uroczą, ekologiczną butelkę w buldożki”, która została wyprodukowana w fabryce spuszczającej swoje pomyje do rzeki Jangcy, a następnie zapakowana w plastikową folijkę i przewieziona tysiące kilometrów samolotem owinięta w kolejny pierdyliard folijek i opakowań? Nie daj się oszukać firmom zajmującym się marketingiem produktów zero waste. Ludzie posiadają „kolekcje” rzeczy, które mają być niby przyjazne środowisku. Mają wiele różnych butelek w różnych rozmiarach, kubki podróżne, sztućce podróżne i tak dalej, które zostały kupione zupełnie nowe. W ogóle nie o to chodzi! Zero waste stało się mniej stylem życia związanym z ponownym użyciem rzeczy, ograniczaniem marnotrawstwa i uważnej konsumpcji, a raczej programem marketingowym, aby zachęcić ludzi do kupowania produktów, których nie potrzebują. Bo kasa.

Przestań kupować szajs to firmy przestaną ten szajs produkować
Wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni więc proszę nie zganiać winy na polityków i biznesmenów. Politycy za nas zakupów nie robią. Sami decydujecie, co kupujecie i czy robicie to z myślą o dobru planety. Owszem, oni mają zyski z tego, co ty wybierzesz. Jeśli wybierasz wszystko zapakowane w plastikowe opakowania, to będą dalej te opakowania produkować, bo kasa. Jeśli większość wybrałaby ekologiczne produkty, czerpaliby zysk z tych ekologicznych produktów. Przedsiębiorcy potrafią się dostosowywać szybciej, niż ty mrugniesz powieką.
Największą siłę oddziaływania mają właśnie zwykli konsumenci, czyli ty i ja, bo ci „bezmyślni” politycy i biznesmeni i tak polecą za tym, na co jest popyt. Bo kasa. A na co jest popyt decydujemy my własnymi, codziennymi wyborami. Każdy pomidorek musicie kupować zapakowany osobno? Co sezon nowe ciuszki? Na zakupy autkiem? Remont co pięć lat? Prysznic dwa razy dziennie?

Jeśli jesz organiczne produkty i mówisz, że jesteś eko, ale także wcierasz w skórę chemikalia, robisz to źle
Do uprawy trzech sztuk awokado potrzeba zużyć tysiąc litrów wody. Najwięcej awokado w Polsce przyjeżdża z Izraela, RPA i Peru, a w Meksyku popyt na nie jest tak ogromny, że dochodzi do nielegalnego wylesiania i wojen gangów. Bye, bye avo toast! Jak zatem jeść, żeby możliwie najmniej szkodzić środowisku? Czy jeśli ograniczam mięso, a zjadam dużo bananów, to nadal jestem eko? No niezbyt, chociaż lepsze to niż nic. Ja osobiście nie chodzę z materiałową siatką na zakupy, papierową słomką we własnym kubku z kawą i nie jem sałatki drewnianym widelczykiem mając na sobie kurtkę z „EKOskóry“. Nie chcę być eko-vege-hipokrytką – jak nie jem mięsa, to nie jem i awokado i bananów, które generują niemało CO2 przez drogę jaką muszą przebyć ze słonecznej Ameryki Południowej do mniej słonecznej Polski. Trzeba jeść przede wszystkim lokalnie i sezonowo. Mieć świadomość skąd to się wzięło i ile kosztuje jego produkcja. Niedługo truskawki! Wcinajcie ile wlezie póki są i kupujcie od swoich okolicznych rolników, a hiszpańskie truskawki w zimie, co truskawki przypominają aby z wyglądu, sobie bez żalu darujcie.

Plastikiem też okrywasz ciało
„Ekoskóra“ miała być materiałem rozwiązującym problem barbarzyństwa wobec zwierząt. No powiedzmy, że częściowo się z tym zgodzę, bo fakt faktem, produkcja "ekoskóry" nie wymaga mordowania niczego co żyje, ale czy na pewno nie odbija się paskudną czkawką na zdrowiu naszej planety? „Eko“, moi drodzy, ma ona tylko w nazwie, bo jak już wspomniałam, słowo „eko” to aktualnie modne hasło, które sprzedaje. Bo kasa. Spójrzmy prawdzie w oczy: „ekoskóra“ to materiał całkowicie niebiodegradowalny. Może i jest tania, a proces jej produkcji jest oszczędniejszy, niż skóry naturalnej, ale po niezaprzeczalnie znacznie szybszym zużyciu, staje się zwyczajnym śmieciem, który pozostanie na ziemi na wieki wieków.
Naturalna skóra, z której wykonuje się galanterię, to w dużej mierze odpad z produkcji mięsa. To nie tak, że zarzyna się krowę specjalnie na buty. I nawet jeśli jesteście weganami, czy wegetarianami i niezależnie ile organizacji walczących o prawa zwierząt wspieracie na raz, mięso było i będzie nadal produkowane. Nie zrozumcie mnie źle, ja też martwię się o los zwierząt w tym przemyśle, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że produkty mięsne są podstawowym elementem diety wielkiej części populacji na całym świecie. Dobre traktowanie zwierząt to temat na inną dyskusję. Nadprodukcja mięsa to temat na inną dyskusję. Hodowanie zwierząt wyłącznie na ubój to temat na inną dyskusję.
Jakby tak sobie pomyśleć chwilę, to „skóra naturalna” oprócz tego, że powstaje z odpadów pochodzenia naturalnego, przy okazji jest materiałem bardzo trwałym i pozwalający używać rzecz kilkunastokrotnie dłużej, niż z taki sam produkt wykonany z pseudo „ekoskóry“. Czyli nie marnotrawimy! A co jeśli w końcu się zużyje? Pewnie kiedyś w końcu tak, ale pamiętajcie, że przy odpowiedniej dbałości o produkty ze skóry, można ich żywotność przedłużyć o baaardzo wiele lat. Cóż, a gdy nie pozostanie nic innego jak śmietnik, to wyrzucony rozłoży się stosunkowo szybko. Pomyślcie o tym zanim kupicie kolejną torebkę, czy buty na jeden sezon z HaieMu. Zastanówcie się, czy lepiej kupić tańszy pseudo-ekologiczny produkt, który zaraz wywalicie, czy droższy, ale służący przez lata.  Świadomość konsumencka i ekologia mogą iść w parze! Hoho, ale mądrala!

Trzy „eRy”: Reduce, re-use, recycle
Wiele osób uważa recykling za irytujący, niewygodny i w ogóle witki opadają, gdy widzi się śmieciarkę, która przyjeżdża pod blok i wszystkie posortowane kubły bez ceregieli ładuje z powrotem do jednego kontenera. Ludzie chcą sortować śmieci, ale te kilka koszy na śmieci w mieszkaniu, z którymi trzeba w kółko latać po schodach, wypełniają się zastraszająco szybko. Myślę, że problem polega na tym, że zbyt wiele osób ignoruje REDUKOWANIE. Redukuj zużycie plastiku, a recykling stanie się łatwiejszy. Przestań kupować rzeczy z zamiarem wyrzucenia ich po jednym użyciu, nawet jeśli trafią one do kosza z frakcją plastikową. Poczytaj sobie, ile faktycznie tego plastiku się recyklinguje. Lojalnie ostrzegam, żeby nie było, to nie będą zbyt pokrzepiające na duchu dane.
Czy wiesz, że…
1.   Tubki po paście do zębów i inne wyciskane tubki nie nadają się do recyklingu, ponieważ często zawierają cienką warstwę aluminium i różnego rodzaju tworzyw sztucznych, co bardzo utrudnia należyte oddzielenie ich i przetworzenie.
2.  Słomki papierowe zawierają surowce wtórne. Jednak prawie nigdy nie są poddawane recyklingowi, ponieważ musiałyby być zebrane osobno w dużych ilościach. Wyobrażacie sobie kolejny kontener… na słomki?
3.   Paragony papierowe są często drukowane na błyszczącym papierze termicznym, który nie nadaje się do recyklingu, ponieważ jest powlekany bisfenolem A (BPA) i bisfenolem S (BPS). Wiele sklepów wysyła teraz potwierdzenie e-mailem lub daje wybór, czy wziąć wydrukowany paragon, pamiętaj o tym!
4.   Opakowania, na przykład po czipsach Pringles, są bardzo trudne do recyklingu, ponieważ łączą kilka różnych materiałów: metalowe denko, odrywane foliowo-papierowe górne wieczko, plastikową pokrywkę, same czipsy opakowane są w srebrną folię, a to wszystko siedzi w tekturowej tubie. Opakowań po chrupkach nie można poddać recyklingowi ze względu na przylegający do nich tłuszcz i okruszki. Idą do zmieszanych, aby wiekami gnić na wysypisku.
5.    Oszukańcze waciki są często mieszane z materiałami syntetycznymi, takimi jak poliester, więc nie można ich poddać recyklingowi. Płatki kosmetyczne ze 100% bawełny, można kompostować, ale tylko wtedy, gdy nie zostały użyte do demakijażu lub nie są zanieczyszczone chemikaliami, takimi jak środki dezynfekujące.
6.  Karteczek samoprzylepnych nie można w większości przypadków poddać recyklingowi, ponieważ klej na pasku samoprzylepnym nie zawsze można usunąć więc nimi też sobie nawet nie zawracają głowy.

Zacznij od zmniejszenia zużycia produktów jednorazowego użytku. Chciałabym, aby w tym roku więcej treści w mediach społecznościowych koncentrowało się na ograniczaniu i edukowaniu ludzi w celu dokonywania mądrzejszych wyborów w sklepie. Na przykład, zanim przejdziesz do kasy, przejrzyj koszyk i USUŃ wszystkie plastikowe opakowania. Zastanów się, co możesz zastąpić papierem lub szkłem? Może sok w szklanej butelce jest tylko o złotówkę droższy? Może zaoszczędzisz kilka złotych odkładając plastikową torbę z mrożonymi frytkami, a zamiast tego biorąc całe ziemniaki na domowe fryty?

Następnym krokiem, jaki bym dodała, to ODMOWA! ODMAWIAJ zakupu pudełka herbaty zapakowanego w folię, gdy ten sam smak stoi obok na półce w prostym pudełku papierowym. ODMAWIAJ zakupu stu dwudziestu mini plastikowych jogurcików na rzecz jednego, dużego. Przy wystarczająco dużej skali takich działań, firmy będą musiały zareagować. Na dłuższą metę poprzez ODMAWIANIE zakupu opakowań z tworzyw sztucznych, ostatecznie dołożysz swoją cegiełkę do zredukowania ilości plastikowych odpadów generowanych przez te firmy, ponieważ odpowiedzą na brak popytu. Bo kasa. Wykorzystaj więc kapitalizm na swoją korzyść. Redukuj kupowany plastik i pomóż posprzątać bałagan pozostawiony przez poprzednie pokolenia.

Zawsze pamiętaj: REDUKUJ, ODMAWIAJ, UŻYWAJ PONOWNIE lub RECYKLINGUJ. Łatwe!

O, Boże… czy to już wreszcie wszystko co mam robić, aby być bardziej eko?
Niet. Tak daleko to wszystko zaszło, że to dopiero początek.
Ja ponad to oszczędzam gaz, prąd i wodę, bo myję całe ciało co drugi dzień i jakoś nie śmierdzę (szok!). Mieszczę na trzydziestu ośmiu metrach pięć koszy na śmieci, piję kranówkę i nie używam reklamówek jednorazówek, tylko uszyte przez moją mamę torebki ze starych firanek na owoce i warzywa. Nie używam agresywnej chemii domowej, w ogóle najlepsza na wszystko jest soda i ocet, plus olejek eteryczny. Używam tabletek, a nie pasty do zębów i szczoteczki z bambusową rączką, wacików do uszu na papierowych patyczkach, mam drewnianą szczotkę do włosów z naturalnym włosiem dzika, metalową maszynkę do golenia na żyletki, nie kupuję kosmetyków do makijażu, bo z niego całkowicie zrezygnowałam, ani nowych ciuchów z poliestru. Właściwie w ogóle nie kupuję nowych ciuchów, bo ubieram się w second-handach. Nie używam folii spożywczej i aluminiowej, mam szklane pojemniki z drewnianą pokrywą do przechowywania żywności. Zamiast szamponu do włosów w płynie mam taki w kostce w tekturowym pudełku, zamiast żelu pod prysznic używam roślinnego mydła też w kostce, balsam do ciała mam w metalowej puszce i jest złożony tylko z naturalnych olejów i maseł roślinnych. Do twarzy nie stosuję żadnych skomplikowanych kosmetyków, których składników nie umiem wymówić. Nie jem mięsa w żadnej postaci i prawie wcale produktów mlecznych, w sumie to bliżej mi już do bycia weganką. Nie jem produktów mocno przetworzonych i gotowych pakowanych w plastik z datą przydatności pięć lat. Jeżdżę autobusem lub chodzę na piechotę, podnoszę śmieci, które ktoś rzucił na chodnik. Robiąc to wszystko wbrew pozorom mam czas na wysypianie się. Da się!



28.04.2020

czy zamierzam umrzeć z głodu, czyli co mi strzeliło do łba, że rzuciłam korpo i zostałam artystką





Godzina 8:47 rano, czyli zdecydowanie za wcześnie na wykazywanie funkcji życiowych. Jadę autobusem Warszawskiego Transportu Miejskiego i tak sobie patrzę na zblazowanych ludzi obok mnie jednym okiem i pół, bo standardowo niedowidzę z niewyspania. Stoją obok mnie uczepieni poręczy ze spojrzeniami jasno świadczącymi o poniedziałkowej niedoli. Wszyscy w ekranach ajfonów albo innych fonów, uwagi by nie zwrócili, gdyby Iron Man bił się z Hulkiem tuż za oknem. A że ze mnie typ, co mu się szybko oczy męczą od ekranu, za ciekawsze obiekty obserwacji uznaję ludzi. Zauważam kilka okazów Typowej Polki po dwudziestym roku życia. Metr sześćdziesiąt pięć w trampkach, farbowane włosy do pasa, spodnie rurki, kurteczka z ekoskóry i zamiłowanie do biżuterii firmy Lilou. Jedzie 182 więc pewnie studiuje na APSie. Pewnie wyląduje w korpo jak 90% absolwentów tej uczelni. Te twarze. Moja twarz w odbiciu w szybie. To mój przystanek, no, wysiadaj, bo już dawno wszyscy wyszli, a ty nadal siedzisz, bo spać na stojąco trochu ciężkawo. 

To bardzo smutne, jak wiele razy mówiłam: „dzięki Bogu już piątek”. Dzięki Bogu pięć z siedmiu dni mojego życia minęło. Teraz spędzę kolejne dwa na spaniu, żeby nie myśleć o nowych pięciu dniach przyszłego tygodnia. I tak ma wyglądać… jeszcze czterdzieści lat mojego życia?


Zarabiam na rzeczy, na które nie mam czasu

Dosłownie dwa dni po tym, jak odeszłam z pracy, ruszyłam w podróż na koniec świata z moim chłopakiem. Od miesięcy jechałam na automacie. Byłam okropnie zmęczona. Jeździłam już przecież na wakacje - ale nigdy na dłużej niż dwa tygodnie.⁠ Miesiąc w tropikalnym kraju był wystarczająco długi, aby to, czy jest poniedziałek, czy sobota przestało mieć znaczenie. Dużo się przemieszczaliśmy bez GPSu i chociaż nie robiliśmy zbyt wielu wymyślnych rzeczy, bo wyjazd był raczej z tych niskobudżetowych, nie było rutyny, a każdy dzień był superekscytujący! Mimo tego czułam dużo spokoju zamiast adrenaliny - żyłam w danej chwili, zapominając o martwieniu się o przyszłość. Już po jednym dniu na miejscu dotarło do mnie, że istnieje tyle miejsc na świecie, których jeszcze nie zobaczyłam i tyle rzeczy, które chciałabym zrobić...⁠

Myślałam, że wystarczy miesiąc, góra dwa, aby usunąć podróżniczy wirus z mojego organizmu. Ale jak wróciłam do Warszawy, wkrótce znów wystartowałam w wyścigu szczurów. Wszystko od nowa zaczęło kręcić się wokół pieniędzy. Miałam znów wrażenie, że nie osiągnęłam w życiu wystarczająco dużo. Pomimo wkładania stu procent, wciąż miałam wrażenie, że jestem jakaś niedorozwinięta umysłowo i pozostawałam w tyle. Moje życie znów toczyło się dla tej jednej w miesiącu chwili satysfakcji na widok wypłaty na koncie, wiedząc, że to ona określi, co będę mogła dalej robić w życiu…


Szalona podróż w nieznane zakątki świata paradoksalnie pomogła mi odnaleźć zagubiony w życiu rozsądek i sens. Zrozumiałam, że co mi z tej całej zarobionej kasy, skoro mam niby tylko dwadzieścia osiem lat, a napieprza mnie w krzyżu jakbym miała osiemdziesiąt, a w momencie kiedy nie zapierdalam do biura, jedyną rzeczą na jaką mam siłę i ochotę, to położyć się do łóżka, żeby się wreszcie wyspać. Od momentu, gdy to do mnie dotarło, nic już nie jest takie samo i trudno mi znaleźć spokój w środowisku, w którym przebywam. W Warszawie. W Polsce. Ale o tym będzie w innym tekście.


Choruję na depresję, ale dzięki ciężkiej pracy, wytrwałości i nie poddawaniu się, teraz choruję na zaburzenia lękowe i depresję

Musisz zacisnąć zęby i przetrwać, potem będzie lepiej. Dasz sobie radę. Więc próbowałam, zaciskałam zęby, ale lepiej nie było. Po trzech latach walki z samą sobą, gdy płakałam średnio trzy razy dziennie bez powodu i sensu, ostatecznie wylądowałam u psychiatry, który wręczając mi receptę powiedział tylko pięć słów: „Depresja. Widzimy się za miesiąc.”


Zarabiałam cały czas tą kasę, po to żeby i tak wydać ją na terapeutę. Super. Więc dalej nie mam ani kasy, ani czasu i siły, żeby wreszcie robić co chcę, jakby mało mi było frustracji. Jestem typem ambitnym, perfekcjonistycznym i okrutnie wręcz krytycznym wobec siebie samej, ale na kozetce wcale nie lekko mi przyszło skrytykować samą siebie za ostatnie trzy lata życia i spojrzeć prawdzie w oczy, że tak naprawdę nie obchodzi mnie wstawanie pięć razy w tygodniu o szóstej trzydzieści rano, po to, aby udać się w trzydziestominutową kolebotankę komunikacją miejską w otoczeniu smutnych twarzy, które mnie nie obchodzą, tylko po to, aby przez większość dnia siedzieć za biurkiem w miejscu, które mnie nie obchodzi i rozwiązywać cały dzień problemy ludzi, którzy mnie nie obchodzą, zamiast moich własnych. Auć. No trudno.


Cztery tysiące złotych, ale brutto, proszę Pani.

Tyle mi proponowali potencjalni pracodawcy po pięciu latach studiów, trzech latach w biurach i po jakiś 6 latach uczenia ludzi języka obcego. No, jak szmatą w twarz. Zmiana pracodawcy i stanowiska nie wniosłaby zmiany, której tak bardzo potrzebowałam. Nowe biuro, a ta sama kultura pracy to żadna zmiana. Zrobiłam zatem szybką matematykę, nie była skomplikowana: okazało się, że mogłabym pracować JEDEN, maksymalnie DWA, pełne dni w tygodniu i zarobiłabym miesięcznie wystarczająco, aby pokryć niezbędne wydatki, a przez pozostałe sześć dni mieć czas na odpoczynek i robienie tego, co kocham.


Chrzanić bycie niewolnikiem kogoś innego. Większość ludzi faktycznie ledwo pracuje trzy z ośmiu godzin dziennie w biurze, a resztę spędza pozorując pracę i pielgrzymując do kuchni po dwudziestą piątą kawę. Gówniana praca z domu nie przeszkadza tak bardzo, jak praca w toksycznym, nieproduktywnym środowisku. Ludzie pytają, czy nie oszaleję siedząc w chałupie całymi dniami? Nie. Co więcej - jest to o wiele lepsze, niż słuchanie Grażynki, która codziennie nawija ci o swoich dzieciach. To smutne, że tak bardzo infantylizowaliśmy miejsce pracy, że pracownicy odczuwają potrzebę przepraszania za życie osobiste. Nie muszę nikomu mówić, że się spóźnię z powodu wizyty u lekarza. Każdy pracuje w innym, własnym tempie. Ja wybieram, jak i kiedy wykonam swoją pracę. Nikt nie sprawdza mojego zegarka. Ufam tylko sobie, że wykonam swoją pracę i tylko ja odpowiadam za zadowolenie klienta i moje własne.


Zrezygnowałam z szukania pracy dla kogoś, aby uczynić priorytetem moje własne zdrowie i samopoczucie, pracę w niepełnym wymiarze godzin i odpowiednie zarządzanie budżetem, ponieważ chcę mieć więcej czasu na robienie rzeczy, w których widzę sens, zamiast podporządkowywać się pracom, na których szczególnie mi nie zależy. 


Nigdy nie chciałam pracować na luksusowy dom, auto i kolacje w najlepszych restauracjach mojego szefa. Oddanie za pieniądze 40 godzin życia tygodniowo firmie, która z mojej perspektywy nie robi za wiele, aby ten świat uczynić lepszym, nie podpada pod moje marzenie, aby móc robić coś, co da mi poczucie, że robię w życiu coś dobrego. Pracuję nad własnymi projektami, które powoli zamieniają się w biznes, dzięki czemu mogę uciec od wyścigu szczurów. To nie jest jakiś wydumany amerykański sen. Istnieje różnica między pracą dla siebie, a pracą dla kogoś innego. Samozatrudnienie daje wolność i wolę poświęcić te same godziny pracy dla siebie, niż na spełnianie cudzych marzeń.


Jestę artystę

Ludzie z jakiegoś powodu uważają, że bycie artystą jest hot. Nie wiem, czy wyobrażają sobie sexi laskę siedzącą w staniku Victoria’s Secret przy sztaludze, czy coś takiego? Oj, chciałbym tak wyglądać pracując! Bycie artystą to siedzenie 24/7 w starych, rozciągniętych legginsach i wydłubywanie farby z włosów przy ciągłym zmęczeniu oczu. Niektórzy mówią, że bycie artystą to nie prawdziwa praca. A co to jest prawdziwa praca? Wytłumacz mi jak pięciolatkowi. 



Możesz nie zgodzić się z moim stylem życia z wielu powodów. Ja chcę mniej wszystkiego, a w świecie, który sprawia, że ​​czujesz się jak nieudacznik, gdy nie zapierdalasz żeby się nachapać więcej dla samego faktu posiadania, potrzeba trochę odwagi, aby stanąć okoniem. Jeśli komuś przeszkadza fakt, że nie jem gruzu i nie haruję 16 godzin dziennie by zarobić pinionszki kosztem swojego zdrowia za półdarmo, to trudno. Jakoś będę z tym żyć. Niech te osoby proszę przyjmą do wiadomości, że nie wszystko w życiu kręci się wokół pieniędzy. Nie kasa, a piękno, miłość i wolność są wartościami, dla których uważam, że warto żyć i pracować. Amen kurde!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popular Posts

Follow on Bloglovin
Instagram