Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle blog. Pokaż wszystkie posty

28.09.2017

1 sposób na to jak się zawieść żeby się nie przewieźć


Niech będzie moja strata. Masz i czytaj.

Ała. Auć. Ałajka.
Bywa tak, że oczekiwania nie spotykają się z rzeczywistością i to jest beznadziejne. Wtedy będą wmawiać Ci, że to nie jest beznadziejne. A jest. Będą mówić następujące frazesy po to, żebyś nie popełnił publicznego harakiri: "czas leczy rany", "masz, napij się", "oj przeżyjesz" itepe, itede. Nuda znowu tego słuchać i to wcale nie pomaga więc przestańcie.
Bywa tak, że to co się dzieje w rzeczywistości jest rozczarowaniem. Powiesz mi - masz ten swój wieczny optymizm i potem masz, ale za swoje. Nie lepiej się mentalnie naszykować na klapę i może akurat pozytywnie zaskoczyć?
Bzdura.
Dlaczego mam nie wierzyć, że może akurat tym razem się uda? Nastawiałabym się z automatu na porażkę nie umiejąc się prawdziwie zaangażować w cokolwiek i podświadomie, własnymi uczynkami sprowadzałabym zagładę na wszystko czego się tylko tknę. Bo nie udąło się już dwadzieścia razy. To przecież i tak się nie uda dwudziesty pierwszy. Idź mi stąd z takim myśleniem, bo normalnie w zęby Ci zasunę.


Co to było za badziewie
Twój durny mózg uruchamia linię produkcyjną bólu. Oto co należy sobie wbić do tego mózgu: ból sam w sobie nie jest złem. Jest okej czuć ten ból, it's okay not to be okay, bo to znaczy, że posiadasz jeszcze jakieś resztki człowieczeństwa.
Bo jeśli nie czujesz żadnego bólu, no to trochę przerąbane. Gdy słyszysz od kogoś: "Nic mnie już nie wzrusza", uciekaj gdzie pieprz rośnie, bo to oznacza, że masz do czynienia z kimś kto sam siebie tłumi. A ludzie, którzy siebie tłumią są martwi w środku. I tak naprawdę bardzo nieszczęśliwi. Nie tylko nie odczuwają bólu, ale automatycznie, nie odczuwają również przyjemności. Jeszcze nie wiedzą, że sami siebie okłamują, ale się kiedyś dowiedzą. Byłam tam, robiłam to, dziękuję, wiecej nie chcę.
Ty (Nie)Szczęśliwcu cierpisz katusze więc ciesz się, że nie jesteś bucem bez empatii. Tak naprawdę jesteś wspaniały i wrażliwy. Jesteś tym lepszym gatunkiem człowieka. Lepszym od tego, który się poddał i zakodował sobie w łepetynie, że nic nie jest ważniejsze od czubka mojego własnego nosa, mam wszystko w dupie, jestem do dupy więc posadzę dupę w chałupie i zamknę ją na klucz od środka to nikt już więcej nie wparuje mi tam z buciorami.

Co teraz z tym badziewiem zrobić
Ból jest oznaką czegoś, co zależy od tego, jak daną sytuację odbierasz.
1. Jeśli uważasz, że straciłeś największy skarb we wszechświecie, ogarnia Cię ślepota na przyszłe możliwości. Nic się nie wydarzy, bo przegapisz wszystkie szanse. Bo tak naprawdę całym sercem więcej nie spróbujesz. The end. Kuniec. Kaput.
2. Ale możesz też stwierdzić: Okejka, nie tracę skarbu wszechświata. To tylko rozczarowanie, że to co myślałem, że jest najcenniejszym skarbem, okazało się wcale nim nie być. I to jest właśnie znacznie mądrzejszy typ bólu do posiadania, ponieważ on oznacza, że to wcale nie było coś właściwego dla mnie. Chociaż boli mnie w ciul od tego brzuch, nie pomaga wiadro Verdinu na strawienie tego wszystkiego, to jednak teraz mogę wyruszyć na poszukiwania tego czegoś odpowiedniego. Czy to nie fascynujące? No to w drogę, to nie gotowanie klusków, że musisz stać nad nimi i pilnować, bo wykipią. Jazda, już Cię tu nie widzę!

Kumasz bazę? Ból pochodzi z zawodu - jesteś zawiedziony, że coś wcale nie było tym czym myślałeś że jest. Z zawodu, a nie z wiary, że straciłeś wszystko co miałeś i to nigdy już nie wróci. To ogromna różnica.

Co robić dalej z tym badziewiem
Człowiek już jest taki głupi i oporny na dostawane nauczki, że jak ten Koziołek-Matołek, może nigdy nie dojść do swojego Pacanowa. A to dlatego, że jego obecny sposób myślenia buduje tendencję, dzięki której łatwo przewidzieć trajektorię przyszłych 10 lat życia. Co więcej, pozwala zobaczyć przeszłe 10 też i nie trzeba mieć do tego kursu z wróżbiarstwa.
Teraz nadchodzi najgorsze i najlepsze jednocześnie - fundamentalną sprawą jest nauczyć się nadawać nowe znaczenie rzeczom z czasem, aby ostatecznie zmienić swoje podejście forever.. Baj de łej, psychoterapeuta powie Ci to samo tylko za 150 za godzinę. U mnie masz za darmo.

Ostatnio tak sobie rozkminiałam, że chyba nie można mieć wszystkiego. Ale ja chcę mieć wszystko. I będę mieć co tylko zechcę. Skąd mam ten niewyczerpywalny rezerwuar determinacji i woli walki o to co dla mnie ważne, nie wiem, nie pytaj. Po prostu chyba wystarczająco mocno wiem czego chcę i to wystarczy.

14.10.2016

forma-reforma


Pam-pa-ram, zada-mam! Wybaczcie, że świecę czterema literami na głównej, ale onegdaj, ongiś, a dla młodszego pokolenia po prostu kiedyś, obiecałam Wam na Facebooku, że zdradzę tajemnicę mojej formy. Poza tym, jak pokazują statystyki, jest to nadzwyczaj skuteczny attention catcher #chwytmarketingowy.
Nie przeczytasz jednak w tym poście, że ćwiczyłam z Chodakowską. Krzywisz się właśnie? A ja nie. I nie, wcale nie uważam, że jest babochłopem.
Nie będzie to również tekst motywacyjny pt."spełniaj marzenia, nie ma siedzenia".
Nie otrzymasz recepty na spalenie stu kilo sadełka w godzinę.
Za to będą zdjęcia. I kilka szczerych wyrazów składających się w zdania. Zdania nie owinięte w bawełnę, może odrobinę ekshibicjonistyczne, a na pewno prawdziwe. Czytaj zatem dalej.

Dobrego złe początki

Wszyscy, którzy mnie znają już nie jeden rok wiedzą, że zawsze byłam tą, która na ulicy zwracała uwagę chwiejąc się na obcasach przyprawiających o lęk wysokości, które wieńczyły nóżki grubości zapałki. Pochłaniałam w tempie mrugnięcia powieką cztery wypasione kanapy z kiełbą i majoneziorem na śniadanie, a na obiad michę wypchaną po brzegi spaghetti, na kolację pizzę full opcję zagryzioną całą Milką, a waga nie ruszała ani o gram. O, dzięki ci genetyko!

Nasłuchałam się w życiu komentarzy, których samej Ani Rubik już wychodzą uszami, w stylu "zjedz kanapkę". No, przecież jadłam te kanapki. I czułam się świetnie ze swoim ciałem. Kompleksy były dla gimnazjalistek z pryszczami na nosie. Koleżankom na mój widok wychodziła żyła, a ja byłam szczęśliwa, atrakcyjna, wesoła i wcinałam co chciałam. Kto reflektuje na serowe Cheetos? Anyone?

Cóż, człowiek jest jednością ciała i ducha - jedno nie funkcjonuje dobrze bez drugiego. Pewnego naprawdę słonecznego dnia zmuszona "przejść" na najgorszą dietę ever - 0/10, słabe to, nie polecam, schudłam 8kg. Moja waga wyjściowa wynosiła 57kg. Wykonaj sam matematykę. Przy wzroście 172 cm nareszcie mogłam startować do Top Model, ale to wcale nie był powód do zadowolenia. Wyglądałam mniej więcej jak Chupa-Chups.
Po paru miesiącach bycia aktywnym, tak jak mniej więcej aktywne są zwłoki, chciał nie chciał, trzeba było wyjść z bunkra. Pod wpływem impulsu, nie wiem, chyba z niebios, nabrałam siły, aby ruszyć w podróż w nieznane. Ene due rike fake - siłownia!


Ja na początku sierpnia 2015

Zrozumiałam, że płakanie nie przynosi korzyści. Bo nic nie zmienia. Daje chwilowe ujście emocjom na pewno, ale skutecznie utrudnia pójście dalej, jak nieznośna guma do żucia przyklejona do podeszwy. Kręcisz się i kręcisz bez sensu jak ten biedny chomik w swoim kołowrotku, aż w końcu padasz z wycieńczenia. Jednym słowem: bez sensu. Zostało niewiele gorszych rzeczy, które mogły się jeszcze przydarzyć. Czas wyjść ze skorupy. Skorupa zrobiła się miękka, a dupa już twarda, więc nadejszła wielkopomna chwila na zmiany.
Mając w perspektywie, że tracę najcenniejszą rzecz na świecie, czyli SWOJE ZDROWIE, uświadomiłam sobie, że nie mam do siebie za grosz szacunku. Okazało się, że to ja właśnie jestem tutaj najważniejsza. Nie zmienię nikogo, ale mogę zmienić siebie. Do dzieła.

A zmiany chyba wymyślił sam diabeł. W imię nowej zasady, którą od tej pory wyznawałam pt. "what the hell", udałam się na najbliższą siłownię, chociaż całe życie najszczerzej nienawidziłam sportu. Weszłam na siłownię: no tak, sami faceci (nie żeby to była jakaś tragiczna rzecz). Zobaczyłam człowieka w koszulce z napisem "Trener", który nie wyglądał na pierwszy rzut oka jak psychopatyczny sadysta więc podeszłam do niego z nieco przestraszoną miną pytając: "Czy Pan jest tu trenerem? No to... ja chciałabym potrenować."
Dostałam pierwszy w życiu plan treningowy i usłyszałam hasła: "dieta", "masa" oraz "białko". Panie, a czo to takiego?

I nastała światłość. Euforia, fajerwerki, endorfiny. On ma na imię Trening. Chyba się zakochałam.

Jednocześnie po cichu uwikłałam się w romans na boku z Dietą. Trening nie miał nic przeciwko. Razem stworzyliśmy dobrany trójkącik, któremu na imię Zdrowy styl życia.

Szczegóły? Proszę uprzejmie. Dieta była zbilansowana. Urozmaicona. Indywidualnie dopasowana. Nie tylko ryż z kurczakiem, chociaż Panie i Panowie, o jakiej masie mowa bez ryżu z kurczakiem?! Ale nie jakieś dukany, kapuściany i inne kardashiany z cosmopolitan.pl, tylko prawdziwe jedzenie. Mięso. Całe kontenery. Masa musi być z masy.
Protip: z ciastek nie robi się masa. Chyba, że tłuszczowa.

Dodatkowo prozdrowotnie, bo głównie o zdrowie w tym wszystkim chodzi:
Cukier out.
Pszenica out.
Mleko out.
Soki out.
Niezdrowe przekąski out.
To była prawdziwa tragedia. Ogłoszono żałobę narodową. Uroczystości pogrzebowe naleśników z serem, pizzy, pączków z lukrem, kanapek, pierogów, gorącego kakao, czekolady, sernika, lodów i skrzydełek z KFC były długie, smutne i zalane potokiem łez.

Jako, przynajmniej na początku, niezbyt satysfakcjonujący zamiennik ulubionych smakołyków otrzymałam: mięso na kilogramy, jaja, orzechy, superfoods, ryby i tłuszcz.
Radykalne zmiany wymagają radykalnych środków. Wywaliłam wszystko z lodówki i szafek. Oddałam rodzinie i znajomym. Stałam w sklepie przed półkami ze czekoladą obgryzając paznokcie i kołysząc się jak w chorobie sierocej.
Jadłam zdrowe 2500kcal przez 6 miesięcy, żeby wrócić do swojej wagi i do zdrowia. Dużo? Niespecjalnie. 90% osób nie zjada nawet swojego dziennego podstawowego zapotrzebowania. Tak, zjadacie ZA MAŁO i dlatego tyjecie. Przysiady, wyciskanie złomu przerzucanie. Ale mam bica, ho ho!


Na drugim zdjęciu ważę 12kg więcej, niż na pierwszym. I mam na sobie dokładnie te same spodenki.

Utyłam i to była oznaka powrotu do zdrowia. Zaczęłam nie jeść, a odżywiać się. Wynik tego eksperymentu mógł być tylko jeden: pozytywny.
Odrastające włosy sterczące na wszystkie strony jak u Tiny Turner w teledysku do "What's Love Got To Do With It", skóra jak u niemowlaczka, pupka jak dwie gałeczki lodów, a figura jak u aniołka Victoria's Secret. Aż musiałam założyć zeszyt na komplementy.


Po 6 miesiącach "masy"

 I prawo życia człowieka: jak jest dobrze, to musi być źle.

"Najpierw masa, potem rzeźba" - prawda aktualna zarówno dla kulturystów, jak i artystów.
Cel osiągnięty - potrzebuję nowego. Serio, jestem nie do zniesienia. 

Jedną z moich licznych zalet jest to, że to co jest nigdy mi do końca nie wystarcza, bo wiem, że zawsze można lepiej. Szukam zawsze najlepszego sposobu i jak już się za coś biorę, to najlepiej jak potrafię. Jestem perfekcjonistką i lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Tylko, że ten guzik w spodniach teraz się nie dopina. Ups. I co teraz?

Coś poszlo nie tak. Czasem się okazuje, że dopiero dostając to, czego wydaje Ci się, że pragniesz najbardziej, dociera do Ciebie, że to wcale nie TO i że wcale tego nie chcesz.

Na początku było super - nareszcie wyglądam jak kobieta, a nie jak zasuszony szczur, ale z czasem przestałam radzić sobie ze zmianą. Ciało nadal się zmieniało i przecież tego chciałam. Ale weź już przestań, już stop! Frustracja. Chwila, chwilunia, czekaj...
Za własne ciężko zarobione złotówki w kwocie trzycyfrowej i o iście katorżniczej godzinie zawlokłam swoją skromną osobę na wątpliwe poranne przyjemności. Znam lepsze.
No i kicha skisła jak ogórki kiszone. Wyniki badań poleciały sobie w kosmos, a ja zostałam na planecie Ziemi topiąc się w oceanie łez.
Chorowanie ssie. Jak macie wybór, nie chorujcie. Tak, macie wybór jak wygląda wasze zdrowie: to co wsadzacie do jamy gębowej, przeżuwacie i połykacie warunkuje stan Waszego zdrowia. Kropka.
Ja wyboru nie miałam. To ma nawet nazwę w medycynie.

Ale jak to, Ty już nie chcesz iść na siłownię?

Badania, leki, nowa dieta. Patrycja się odchudza. Jazda do psychologa, a nie do trenera! Easy, tylko że jej ciało postanowiło przybierać 3kg miesięcznie i gdyby nic nie zrobiła, to z Top Model awansowałaby prosto do Weight Watchers.

Nowa dieta? 1600kcal. Trening 6 razy w tygodniu. Poza tym białko, białko, białko, interwały, białko. Błogosławieni Ci, którzy wynaleźli mięso. Teraz mogłabym jeść tylko to.
Bukiet róż? A idź mi z tym! Przygotuj mi na kolację pysznego steka, a wyjdę za Ciebie za mąż.

Efekty osiągnęłam miesiąc wcześniej niż było to planowane. Ciało wyglądało znów bardzo dobrze. Ukryte koszty? No jak zwykle małym druczkiem, a ja mam słaby wzrok.
W niechcianym gratisie dostałam zjazd psychiczny z górki na pazurki. Teleportacja w inny wymiar rzeczywistości. W brzuchu mi nie burczało, ale szalałam z niedożywienia i podenerwowania. Na koniec stwierdziłam, że efekt był nieproporcjonalny do wysiłku. Nie mogłam patrzeć dłużej na hantle.

Stając twarzą w twarz z ograniczeniami i wymaganiami, którym z całej siły starasz się sprostać, dopiero poznajesz to, co w Tobie siedzi. Ja np. odkryłam, że jestem masochistką. A Ty?

Moje słowo na niedzielę: jeśli gardzisz osobami otyłymi, spróbuj odchudzania i pogadamy za 2 miesiące. Zakład, że nie wytrzymasz tyle?

Pytanie o sens bytu ludzkiego

Jak to jest: lepiej być grubym, ale szczęśliwym? Odmawianie sobie przyjemności, to marnowanie sobie życia?
Ciężki temat. Bo zawsze są dwie strony medalu - w tym wypadku bez wyjątku. Coś kosztem poświęcenia czegoś.
Najlepsze rozwiązanie? Zrób sobie bilans zysków i strat i wybierz to co Tobie daje szczęście. Znasz siebie sam najlepiej. Wybierzesz słusznie. Resztę olej. Chyba najważniejsze jest to, aby być szczęśliwym, prawda?

Ostatni krzyk rozsądku

Przetrwałam okres ogłupienia: "pączka ociekającego lukrem, którego uwielbiam, już nie zjem, bo to nie dość, że gluten i zero wartości odżywczych, to jeszcze cellulit murowany. Czekolada to przecież sam cukier = biała śmierć po uprzedniej cukrzycy. Pizza - już wiesz skąd te krągłości u Włoszek." Gluten, tłuszcze nasycone, cukier, laktoza - można tak w nieskończoność.
Jeśli zawęzić krąg produktów spożywczych, najlepsze dla zdrowia okazuje się być powietrze. Można też próbować odżywiać się też światłem, jak niektórzy.

Bycie fit jest super. Ale niewielu z nas zdaje sobie sprawę jak takie życie naprawdę wygląda.  Piękne kaloryfery z Instagrama to efekt przeprowadzki na siłownię, a ja tak lubię swoje mieszkanko więc nigdzie się nie wybieram! Wg fitnessowych standardów mój rozmiar to słoniowe XXXL. Chudszy, czy przy kości to nie gwarant fajności!



Reżim treningowy nauczył mnie świadomości siebie. Poznałam ile mam w sobie siły. Dbam o siebie. W końcu. I szukam równowagi.
Nie mam w naturze tak łatwo się poddawać i walczę dalej o zdrowie. Muszę najpierw się przekonać, że zrobiłam WSZYSTKO co się dało, ale taką wytrwałość też musiałam wypracować. Ty też możesz. Walcz o siebie i ze sobą. Będzie super.

Zainteresowani szczegółami mojej diety? Podglądaj codziennie co zjadam na Instagramie i daj znać w komentarzu! Napiszę specjalnego posta!

Wasza Patsycatsy















Mam na sobie:

strój kąpielowy - no name (SH)
bransoletka - Sinsay
okulary - Sinsay
szminka - Golden Rose Velvet Matte nr. 18


8.02.2016

cozy morning


Leniwy, lutowy poranek, godzina 10:00. Ciche pobrzdąkiwanie radia z drugiego pokoju.
I nagle zima staje się jakoś tak zupełnie niestraszna, gdy jest ciepła herbata, naleśniki, sweter, koc i książka.
Tak wspaniale odpoczywam. Znajdźcie koniecznie czas, chociaż raz w tygodniu, na wyciszenie się i chwilę tylko dla siebie. Bez pośpiechu, w swoim rytmie, tak jak najbardziej lubicie. Teraz!



























I am wearing:

sweter - second hand (H&M)
spodenki - second hand (H&M)
skarpetki - second hand (no name)

1.01.2016

about 2015 in 66 pictures

Zastanawiałam się przez chwilę, jak napisać podsumowanie roku. Tyle się przecież wydarzyło! Podołałam wyzwaniu i powstał post pełen zdjęć i osobistych przemyśleń. Co przyniósł mi poprzedni rok?


Nieoczekiwane zwroty akcji

2015 rok nauczył mnie minimalizować swoje oczekiwania. Nigdy nie wiesz, co się może zdarzyć. Najlepszy plan? Brak planu! Teraz nie widzę przyszłości dalej niż do najbliższego weekendu. Dla mnie, surowej perfekcjonistki wobec siebie samej, zorganizowanej i zawsze wiernej swoim zasadom odpuszczenie sobie czegokolwiek było czymś niewykonalnym.
Przeżyłam najprawdziwszą światopoglądową rewolucję. Nie na wszystko można się przygotować. Długo zajęło mi zrozumienie, że czasem trzeba odpuścić. Nie tylko nauczyć się codziennie wybierać  to, co naprawdę warte jest wysiłku, ustalać priorytety. Czasem musisz odpuścić wszystko co masz. Może czasem trzeba odpuścić tego, kim byłeś, aby stać się tym, kim naprawdę jesteś?
Prawdziwie polskie narzekanie dziedziczymy chyba wraz z DNA. To już jest poza moim systemem. Nie narzekam. Dlaczego? Dlatego, że NIGDY nie ma do tego powodu!
Niespodziewane skutki spontanicznych decyzji, wcześniej dla mnie nie do pomyślenia, zaowocowały tym, że więcej się uśmiecham. Dlaczego? Dlatego, że ZAWSZE jest ku temu powód.
Przekonałam się na własnej skórze, że wiele dobrego może wydarzyć się wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy i gdy właśnie odpuszczamy. Dzięki temu przypadkiem poznałam ludzi, dzięki którym nauczyłam się nowych rzeczy, także o sobie.
Nie boję się już robić rzeczy, do których wcześniej żadna siła by mnie nie przekonała. Tym razem to nie jest czcze gadanie, naprawdę to robię. I nareszcie czuję się świetnie ze sobą.














Pewność siebie

W 2015 dojrzałam. Widzę, że się zmieniam. Jestem pewniejsza siebie i mam odwagę świadomie powiedzieć: Jestem kobietą. I mówię głośno, że mam marzenia. Wiem, czego potrzebuję. Wiem, że to jest okej, aby dbać o swój komfort. Wiem, że zasługuję na to, co najlepsze. Wiem, że nie jestem głupia. Wiem, że nie pozwolę się źle traktować. Wiem, że mam klasę. Wiem, że jestem sexy.




















Siłę

Bezinteresowność jest dla mnie naturalna. Ostatnio robię więcej drobnych, miłych rzeczy dla praktycznie obcych mi osób i tylko umacniam swoją pewność, jak dużą radością jest dla mnie czyjaś radość.
Nie ja pierwsza wpadłam w sidła poświęcenia czemuś w 100% całej siebie, tak naprawdę zapominając o swoich potrzebach. Robię zatem więcej dla siebie. Zamiast zastanawiać się godzinami, czy powinnam coś zrobić, po prostu to robię. W 2015 dotarło do mnie, że nie wszystkie decyzje są przecież "na życie i śmierć".  I na wszystko znajdzie się czas, trzeba tylko chcieć i umieć wybrać, to co jest naprawdę ważne dla Ciebie. Nie można powiedzieć, że się czegoś nie lubi, gdy się tego nie próbowało. Najtrudniej się przełamać. Potem jest już z górki.
Dostałam impuls, aby plany z nieokreślonej przyszłości o zadbaniu o swoje zdrowie wcielić natychmiast w życie. Dieta i siłownia? Nie kręci mnie to. Przemogłam się i spróbowałam mimo wszystko. Co się stało? Odkryłam nową pasję! Tak, jestem pakerem i świruję na punkcie odżywiania. W sali wypełnionej umięśnionymi męskimi torsami i napiętymi bicepsami o obwodzie mojego uda, często jako jedyna przedstawicielka płci pięknej zgrabnie lawiruję między metalowymi konstrukcjami podobnymi do narzędzi tortur, aniżeli narzędzi służących do treningu mięśni.
Wraz z mięśniami urósł mi uśmiech na twarzy i satysfakcja z każdego kilometra wybieganego na bieżni, każdego dźwignięcia hantli w górę. Duma z samej siebie. Lepsza forma i zdrowie gratis.









Odwagę i rozwój

Grunt to zrobić pierwszy krok. Czasem, gdy wydaje się, że słusznie jest skręcić w prawo, warto odważyć się skręcić w lewo. Jazda bez trzymanki w nieznanym kierunku! To było dla mnie nietypowe.
Sztuka była w moim życiu... od zawsze! W 2015 roku zrozumiałam, że tworzenie jest częścią mnie. Tworzę cały czas: malując obraz, przygotowując potrawę, wybierając co dzień strój, dzieląc się z Wami zrobionymi fotografiami na Instagramie. Bez wątpienia rozwinęłam się, uświadomiłam i upewniłam artystycznie. Głowa pełna pomysłów 24h. Wykładowcy na uczelni docenili moje zaangażowanie. Pierwszy rok studiów zakończyłam z wybitną średnią.
Czy sztuka to jest to, co chcę najbardziej robić w życiu? Kto u diabła wie! Nie umiem się zdecydować, tyle rzeczy chciałabym robić!









Nowe pasje

Oprócz prowadzenia zdrowego trybu życia, zawsze chciałam nauczyć się gotować. Obecnie ciężko w to uwierzyć, że przez kilka ostatnich lat był to dla mnie najuciążliwszy obowiązek. Nie boję się go nareszcie! Kocham odkrywać jedzenie, kocham poznawać jego zapach, jego kolor, konsystencję, sposób podania. Uwielbiam odkrywanie nowych kulinarnych miejsc. Dzięki diecie odkryłam się w kuchni. Menu kuchni Patsycatsy zawiera teraz dużo więcej specjalności jej szefa.
Jesteś tym co jesz. Ja już dłużej nie jestem mrożonką przywiezioną od mamy. Gotowanie jest nowym źródłem mojej satysfakcji. A najprzyjemniej, gdy można to zrobić dla kogoś.































Nadchodzące zmiany

Niby nigdy ich nie dotrzymujemy, ale ja nie wierzę do końca w ich bezcelowość. Warto robić podsumowania, a z nich wysnuwać postanowienia. Jeśli uda Wam się chociaż podjąć działanie w celu jakiejś zmiany, to już będzie lepsze, niż niezrobienie niczego!
Ja postanowiłam, że idea jaka będzie mi przyświecać w 2016 roku to mniej znaczy więcej. Chcę się pozbyć wszechobecnego nadmiaru. Nic nie jest warte kosztu mojego zdrowia, spokoju i szczęścia. Chcę wciąż zbyt dużo na raz powiedzieć, zrobić, mieć. Będę doskonalić się w sztuce wyboru i skupiać się na tym, co jest naprawdę dla mnie najważniejsze i nic mnie nie powstrzyma, żeby to osiągnąć!

Życzę Wam wiary w siebie w Nowym Roku. To z nią przeniesiecie góry.


Masz jakieś postanowienia noworoczne? Nasunęły Ci się jakieś myśli po przeczytaniu tego posta? Podziel się w komentarzu!



Mój Instagram i Facebook jest ładowany codziennie nowymi inspiracjami. Bądźcie z patsycatsy.com codziennie, lajkujcie, dzielcie się opiniami w komentarzach! Nie czekaj, dołącz!




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popular Posts

Follow on Bloglovin
Instagram